Dwa miesiące w boatyardzie część 4. Bob i ardrossańskie historie

Biorąc pod uwagę naturę epidemiologicznego kryzysu, który wiosną 2020 roku zamyka mnie na kilka miesięcy na betonowym placu w szkockim Ardrossan, pisanie o ludziach, którzy mi towarzyszyli, może wydawać się nie na miejscu. Social Distancing, zakaz spotkań towarzyskich, pozamykanie ludzi w domach, ograniczenia w podróżowaniu, zamknięte puby… Wydawać by się mogło, że w takich warunkach utrzymywanie, czy nawiązywanie jakichkolwiek relacji jest po prostu niemożliwe.

Dziwnym trafem, ten okres, który z definicji miał służyć izolowaniu się i odcięciu od innych ludzi, stał się dla mnie chyba jednym z najbardziej intensywnych jeśli chodzi o nawiązywanie nowych znajomości i odświeżanie dawnych. Powiedzieć, że najbardziej intensywny w całym moim życiu, byłoby pewnie przesadą, ale bez wątpienia od czasu przyjazdu do Zjednoczonego Królestwa, nigdy nie poznałem aż tylu nowych ludzi co w trakcie lockdownu w Ardrossan.

Postrzeganie Wielkiej Brytanii i Brytyjczyków wypaczył mi Londyn. Czysto subiektywnie: miasto dziesięciu milionów samotnych ludzi. Miasto, gdzie jak podawał Time Out, rozdawana przed wejściem do metra gazetka, najczęściej wyszukiwaną frazą w Google jest: „jak znaleźć przyjaciół w Londynie”. Miasto bardzo powierzchownych relacji, gdzie mimo, że jest się w tłumie, trudno kogokolwiek poznać. Miasto, gdzie ludzie najpierw gniotą się w metrze, żeby się dostać do pracy, potem gniotą się w tym samym metrze, żeby się z niej wydostać. Wieczorem dotrzeć do wynajmowanej za niebotyczne kwoty dziupli i oglądać seriale na Netflix.

Gdyby nie lockdown, wyjechałbym z Wielkiej Brytanii święcie przekonany, że całe Zjednoczone Królestwo, to po prostu dziesiątki, czy setki mniejszych Londynów. Wyspiarze to ludzie z którymi nie da się normalnie pogadać, trzymający dystans i w ogóle nie lubiący cudzoziemców. Takie przynajmniej odnosiłem wrażenie po osiemnastu miesiącach spędzonych w stolicy tego kraju.

Boba poznaję jeszcze przed całą koronawirusową hecą. W Ardrossan, niedaleko stacji benzynowej, mieści się niewielkie, acz przyjemne, Bed and Breakfast prowadzone przez miłą panią o imieniu Moira. Trafiam tam w listopadzie 2019 roku, gdy po raz drugi przyjechałem obejrzeć jacht przed zakupem.

Bohater tego reportażu na pokładzie Flying Polishman – dzień po tym gdy wspólnie usunęliśmy awarię układu chłodzenia silnika.

W dniu, w którym mam podjąć jedną z ważniejszych decyzji życiowych, przy śniadaniu w tymże pensjonacie, zagaduje mnie wąsaty jegomość w wieku, pi razy oko, mojego ojca. Okazuje się, że i on podejmuje właśnie decyzję życiową – kupuje pół domu tuż przy plaży w przylegającym do Ardrossan – Saltcoats. Dom, który miałem później okazję wielokrotnie odwiedzać, ma morską duszę, co siłą rzeczy mnie interesuje. Postawił go sobie bowiem francuski kapitan statku handlowego, gdzieś pod koniec dziewiętnastego stulecia. Najwyraźniej chciał mieć blisko do roboty, bo wybudował go w odległości może dwustu metrów od nieczynnego już od bardzo wielu lat portu w Saltcoats

Życie Szkota na obczyźnie

Z rozmowy, która wywiązuje się nad bekonem, jajkami i tostami, wynika, że nasze drogi już się kiedyś w przeszłości przecięły. Bob mieszkał w Hastings, gdzie jego żona prowadziła szkołę językową i przez kilka lat byli tak zwaną ‘host family’, czyli przyjmowali u siebie w domu uczniaków, pragnących zgłębić tajniki języka angielskiego. W 1999 roku, szczenięciem będąc, pojechałem na organizowany przez szkołę średnią wyjazd językowy do Wielkiej Brytanii, do Hastings właśnie. Przypuszczalnie byłem wówczas gościem jednej z koleżanek Boba.

Po wymianie kilku historyjek z życia, gdy bekon się kończy, kawa stygnie, a zegarek nieubłaganie twierdzi, że trzeba do portu – dostaję na pożegnanie Boba wizytówkę. Łączymy się ze sobą na facebooku i szczerze mówiąc sądzę wtedy, że to by było na tyle z naszej znajomości.

Myliłem się. Początkiem lutego, gdy przyjechałem na kilka dni na jacht, trafiłem na potężny sztorm – z wiatrami wiejącymi z prędkością ponad stu kilometrów na godzinę. Jacht stojący na lądzie, trząsł się na łożu wtedy tak, że strach na nim było spać, więc skorzystałem z zaproszenia Boba, który mnie przenocował, nakarmił zupą własnej roboty i upoił w pobliskim pubie. A także uraczył kolejnymi fascynującymi historiami ze swojego życia.

Powrót do Ardrossan był dla niego w pewnym sensie powrotem na stare śmieci. Bob jest bowiem Szkotem, wywodzącym się i wychowanym w tym miasteczku. Zamiast ‘little’ mówi ‘wee’, pije szkocką i jest orędownikiem szkockiej niepodległości. Jak twierdzi: do Anglików wprawdzie nic nie ma, ale nie cierpi zasiadających w Westminster, czy też Westmonster, jak ich poetycko określa. Gdy wznosi toast stukając się kuflem albo szklanką to mówi Slàinte Mhath – choć nie wiem jakim cudem gdy się to słyszy to brzmi jakoś jak Slangee Va. Bob ma zacięcie ornitologiczne, szczególnie lubi obserwować pikujące do morza głuptaki, interesuje się historią i szeroko rozumianymi morskimi tematami. Nic dziwnego, że szybko dość nawiązaliśmy nić porozumienia.

Historia jego życia, którą w kawałkach przy różnych okazjach mi opowiedział – starczyłaby na kilka życiorysów. Zresztą spisując ją, musiał mi w końcu wysłać coś w rodzaju swojego CV, bo pogubiłem się nieco w chronologii.

Plaża między Ardrossan a Saltcoats. To na jej końcu, tuż przy nieczynnym porcie w Saltcoats mieści się dom Boba.

Za młodego chłopaka, zaraz po ukończeniu szkoły średniej postanowił zostać mechanikiem samochodowym. Był to jednak krótki epizod w jego życiu, dość brutalnie przerwany jednym zdarzeniem, które spowodowało, że zamiast naprawiać silniki automobili, został ostatecznie jednym z pionierów rewolucji informacyjnej. Bo chyba można tak powiedzieć o każdym, kto pracował w IT już od początku lat osiemdziesiątych.

Bob opowiada:

„Pewnego dnia, podczas demontażu silnika, mój kolega z pracy Alex, młody ojciec kilkorga dzieci, dość poważnie zranił się w głowę. Uderzyła go wymontowywana skrzynia biegów. Następnego dnia stawił się w pracy. Gdy spytałem go, dlaczego nie odpocznie po tym wypadku w domu – ten odparł po prostu, że go na to nie stać. Musi więc chodzić do warsztatu, czy mu się to podoba czy nie. Spakowałem więc swoje rzeczy i mimo braku oszczędności, czy jakiegokolwiek solidnego pomysłu na przyszłość – z dnia na dzień przeprowadziłem się do Londynu.”

Odwaga została nagrodzona, bo tydzień później był już pracownikiem administracyjnym w Job Center, czyli brytyjskim odpowiedniku Urzędu Pracy, by po kilku latach i dwuletniej przerwie, którą spędził w Grecji oraz w Izraelu, wrócić do Londynu i spędzić następne sześć lat pracując w IT.

Po kilku latach, jego ówczesna partnerka życiowa pisała pracę magisterską, przeniósł się z nią na rok do Durham. Dziewczyna skończyła pisać pracę, ale Bob nie chciał wracać na południe. Pojechał więc na samą górę Szkocji, do Kinlochverby, niedaleko przylądka Cape Wrath, gdzie przez kilka lat był rybakiem, pływającym niekiedy aż pod Rockall, a także obwoźnym fotografem – freelancerem.

W 1992 roku na stałe już wrócił do IT i pracy w Londynie w jednym z wielkich banków, gdzie pracował już do emerytury, na którą przeszedł po osiągnięciu stanowiska Senior Managera IT. O pracy tej opowiadał mi kiedyś tak:

„Pobudka każdego dnia o 4:30 rano. Trzy S, czyli shit, shower, shave, pociąg do Londynu w którym spędzam godzinę do półtorej każdego dnia. Po drodze sprawdzałem sobie od razu, czy cała infrastruktura już działa – czy nie ma alertów czerwonych albo żółtych. Jeśli były to od razu maile do wszystkich odpowiedzialnych, tak że gdy już dojeżdżałem do pracy około siódmej rano miałem raporty na biurku. Kończyłem zwykle późnym popołudniem, pociąg do domu, godzina – dwie z dziećmi i spać koło dziesiątej. Życie tak naprawdę toczyło się w weekendy…”

O Ardrossan

Gdy lockdown zamknął mnie na terenie stoczni, początkowo nie wiedziałem, czy wypada się w ogóle do niego odezwać. To co docierało do mnie z mediów – było dość jednoznaczne: żadnych kontaktów społecznych, żeby nie rozprzestrzeniać choróbska. Niezależnie od tego co sam myślę na temat epidemii, uznałem, że jako gość na Wyspach muszę to uszanować. No to siedziałem sam jak palec przez miesiąc na betonowym placu, z rzadka tylko wystawiając nos z jachtu.

Któregoś słonecznego, ale i chłodnego dnia uruchomiłem UKF-kę, po to by sprawdzić, czy dokonana przeze mnie instalacja AIS jest prawidłowa. Dosłownie kilkanaście minut później, zabrzęczał telefon z pytaniem od Boba: „Are you in Ardrossan? I’ve just opened Marine Traffic to have a look at Norwegian submarine passing nearby and I saw “Flying Polishman” in the middle of the boatyard”. Od słowa do słowa – jakoś zgadaliśmy się na spotkanie, z zachowaniem zasad social distancing. Od tej pory odwiedzałem go dość często, bo przy okazji zgodził się, żebym przekierowywał swoje paczki na jego adres, co definitywnie ukróciło moje niekończące się perypetie z kurierami. Siadywaliśmy wówczas na miniaturowym ogródku, jakieś dwa metry obok siebie i w ramach prewencji epidemiologicznej dezynfekując się whisky opowiadaliśmy sobie różne historie równocześnie podziwiając cudowne zachody słońca lub walące na złamanie karku ku wodzie głuptaki.

Dzięki tym ogródkowym spotkaniom, dowiaduję się sporo i o moim gospodarzu i o Ardrossan i jego najbliższych okolicach.

Bob opowiada: „Teraz Ardrossan podnosi się z upadku. Musisz wiedzieć, że czterdzieści lat temu to był zupełnie inny świat. Miasto było bardzo ważnym portem przeładunkowym i tam gdzie jest teraz marina, w której trzymasz jacht był normalny port. W budynku, gdzie obecnie jest włoska restauracja mieścił się zarząd portu. Nabrzeże było pełne dźwigów, którymi rozładowywano i przeładowywano skrzynie z towarami. Przeładowywano tu także węgiel. Wszystko to skończyło się dosłownie z dnia na dzień. Ktoś wynalazł kontenery jako bardziej efektywną metodę transportu towarów, przestaliśmy eksportować węgiel i wielkie statki przestały się już tu zatrzymywać. Płynęły prosto do Greenock, bliżej Glasgow. Miasto straciło wtedy głównego pracodawcę”

Ardorssan o zachodzie słońca

Gdy szybko liczę w głowie, kiedy te zdarzenia miały miejsce, wychodzi mi na to, że miasteczko zaczęło podupadać mniej więcej w czasach, gdy Margaret Thatcher stanęła na czele brytyjskiego rządu i rozpoczęła reformy, które w założeniu miały uzdrowić brytyjską gospodarkę. Bob opowiada mi więc historie ze świata, który już nie istnieje, schyłku epoki przemysłowej, gdy ludzie w Wielkiej Brytanii, pracowali jeszcze głównie przy produkcji dóbr, a nie jak obecnie świadczeniu usług.

To był świat fabrycznej syreny wzywającej do pracy, masowego społeczeństwa, gdzie życie było przewidywalne, stabilne i w jakimś sensie bezpieczne. Wszystko to co słyszę, jest tak odległe od potocznego w Polsce wyobrażenia o Wielkiej Brytanii jako kraju mlekiem i miodem płynącym, że aż mi się wierzyć nie chce. Historia ta, rażąco przypomina mi lata dziewięćdziesiąte tak jak je pamiętam z perspektywy mieszkającego na obrzeżach Śląska nastolatka.

Mówi dalej:

„Niedaleko stąd, w miejscowości o nazwie Stevenson, mieściły się zakłady produkcji materiałów wybuchowych. Gdy byliśmy dziećmi podkradaliśmy transportowaną do nich saletrę potasową i robiliśmy z niej sobie rakiety i fajerwerki. Niestety zakłady również w pewnym momencie upadły i ileś tysięcy zatrudnionych ludzi znalazło się bez pracy, niemalże na bruku.”

Gdy pytam co stało się z turystyką, bo Szkocja ma jednak niezaprzeczalne przyrodnicze i kulturowe walory, Bob uśmiecha się tylko smutno i swoim tubalnym, bardzo wyraźnym angielskim mówi mi:

„W latach osiemdziesiątych, gdy zaczęły pojawiać się pierwsze tanie linie lotnicze i tanie loty do miejsc takich jak Hiszpania, czy Włochy – turystyka lokalna w całej Wielkiej Brytanii, nie tylko Szkocji, zaczęła bardzo podupadać. Ludzie kupowali wczasy i lecieli nad Morze Śródziemne, gdzie pogoda pewniejsza, ceny niższe, jedzenie bardziej egzotyczne. Do tego wszystkiego, gdy upadł port i zakłady przemysłowe w okolicy, skończył się ruch biznesowy. W Ardrossan było chyba pięć hoteli. Ocalał jeden. Obecnie ruch turystyczny jest głównie weekendowy – ludzie przyjeżdżają w piątek wieczorem, czekają na prom na pobliskie Arran, jadą tam w sobotę rano, wracają w niedzielę…”

Co w takim razie z ludźmi, który tu mieszkali i nadal mieszkają? W końcu tak poważne zmiany, na przestrzeni jednej tylko dekady, musiały się bardzo mocno odcisnąć na tkance społecznej. Odpowiedź, którą słyszę, nawet mnie specjalnie nie dziwi, bo rezonuje z moimi obserwacjami lokalnych łazików, rano czekających na to, żeby nadszedł już wieczór, których sporo wypatrzyłem w okolicy:

„Spora część, tych bardziej odważnych, wyjechała głównie do dużych miast, gdzie łatwiej było o pracę. Wielu popadło w alkoholizm i narkomanię. Przy okazji, rzecz jasna, wzrosła przestępczość. Wielu z nich nadal funkcjonuje z dnia na dzień, nie umiejąc się odnaleźć – spotkasz ich głównie w okolicach portu.”

Bardzo interesujące są te historie o upadłym miasteczku, które dopiero teraz, po wielu latach stagnacji zaczyna odżywać. Bardzo prężnie działa marina, która jest jednym z niewielu na zachodnim wybrzeżu Szkocji miejsc, gdzie można przezimować jacht, a lokalne stowarzyszenia myślą już nad reaktywacją malowniczego, ale bardzo zapuszczonego portu w Saltcoats i uczynieniu z niego atrakcji turystycznej.

Lekcje angielskiego

Bob poprawia mój angielski. To wyjątkowo poważny cios dla mojego ego. Używam tego języka praktycznie każdego dnia od co najmniej dwudziestu lat, pracowałem w swoim życiu częściej po angielsku niż po polsku, nawet żonaty byłem z cudzoziemką, więc czego się tu jeszcze mogę nauczyć? Okazuje się, że całkiem sporo. Początkowo Bob poprawia moje błędy językowe w wyjątkowo subtelny i dżentelmeński sposób. Przykładowo:

„So I rubbed my deck today…”

“Ah, so you scrubbed the deck today”

I tak wiele razy. Zawsze gdy mówię coś źle, powtarza zdanie, które chciałem powiedzieć, tak żeby było poprawnie. Przy którejś wee whisky czyli małej whisky – będącej nota bene największym szkockim kłamstwem, bo małej to nikt w życiu na oczy nie widział – do tego popijanej piwem, traci cierpliwość i dżentelmeńsko mówi mi:

„Co ty do cholery masz z tym ing! ( końcówką gerund infinitive) Wszyscy Polacy których znam wstawiają to ing wszędzie gdzie się tylko da. To nie ma przecież żadnego sensu! Drop the f..ing ing

Podobne uwagi ma zresztą jeśli idzie o używanie przeze mnie tych wszystkich „a” „an” oraz „the”, które notorycznie mylę. Biorę więc ten feedback na klatę jak na mężczyznę przystało i staram się poprawić. Jednak… ‘old habits die hard’.

Nasze językowe przekomarzanie się zaczęło się właściwie wcześniej, gdy Bob zapytał mnie o nazwę jachtu. Gdy powiedziałem mu, że łódka będzie się nazywała „Flying Polishman” wydłużyła mu się mina i mówi:

„Czy nie wydaje ci się, że może byłoby lepiej Flying Pole?”

„Nie, bo kojarzy mi się z Pole Dancing” – odpowiadam

„Dobra, ale słowo Polishman nie istnieje w języku angielskim…”

„Teraz już istnieje” I tłumaczę źródłosłów. Że pracowałem w linii lotniczej, latałem jako steward więc Flying i jestem Polakiem, więc Polishman, które znajomy wymyślił tak, że ma się kojarzyć z legendarnym Flying Dutchman, co w połączeniu z portem macierzystym Hel ma dawać zabawny efekt: Latający Polak z Piekła. Bob kapituluje wtedy i radzi mi tylko, żebym koniecznie namalował przy nazwie uśmiech z przymrużeniem oka.

Morskie opowieści

Morskie opowieści to w ogóle osobna kategoria naszych wspólnych rozmów. Bob, jak sam mówi, ma affinity to the sea . Jedna z ciekawszych opowieści to ta o jego ojcu:

„Mój tata, w trakcie drugiej wojny światowej zaciągnął się na statek handlowy. Chciał zarobić, przyjęli go, więc pływał w konwojach jako marynarz. Pech chciał, że podczas któregoś z rejsów, gdzieś w okolicach Hiszpanii jego statek został storpedowany i zatonął. Na ratunek czekali chyba ze trzy dni. Mój ojciec, do końca swoich dni, a miał osiemdziesiąt sześć lat gdy umarł, nie mógł zapomnieć, że za ten czas gdy byli w wodzie, a potem czekali na nowy przydział  – nie dostawał wynagrodzenia. Zgodnie z brutalnymi regułami tamtej epoki, nie wykonywał przecież żadnej pracy, więc dniówka się nie należała…”

Przy innej okazji opowiada mi o swoich doświadczeniach z kutra rybackiego:

„To była bardzo ciekawa, ale i niebezpieczna praca. Pływaliśmy niejednokrotnie bardzo daleko w morze, nawet w okolice Rockall (samotna, niezamieszkała skała, jakieś trzysta mil morskich na północny zachód od Hebrydów Zewnętrznych). Któregoś dnia, gdy położyłem się spać po imprezie w porcie na szkockim Mainland, nasz szyper zadecydował, że popłynie do Stornoway na Hebrydach, żeby dokonać naprawy na naszym kutrze. Obudziłem się rano i okazało się, że jestem na wyspach. Cóż, poszedłem pozwiedzać i gdy mechanik, przy użyciu tylko młotka naprawił naszą śrubę wróciliśmy do naszego portu macierzystego.”

Gdy rozmawiamy o moich planach, żeglowania do Polski i pyta mnie o trasę jaką chciałbym obrać, mówi mi:

„Unikaj Pentland Firth. To ekstremalnie niebezpieczne miejsce. Przepływałem tam raz i nigdy więcej tego nie chcę powtórzyć. W trakcie tego rejsu dosłownie wpadliśmy w dziurę w wodzie. To było jedno z najbardziej przerażających doświadczeń w moim życiu. Kuter wpadł w dolinę, dokoła ściany wody na kilka metrów w górę… Nie płyń tam, lepiej już Orkady opłynąć od północy, skoro Kanał Kaledoński jest w tym roku zamknięty”

Szczerze powiedziawszy – miałem taki plan i rzeczywiście Pentland chciałem ominąć. Przyszłość pokazała jednak inaczej i okoliczności wymusiły na mnie, że przez tą złowrogą cieśninę jednak przepłynąłem, zresztą jako pierwszy jacht w sezonie 2020.

Kiedy indziej Bob uraczył mnie opowieścią o rybakach, bodajże z Wysp Owczych, którzy przypłynęli do Szkocji sprzedać złowione ryby. Połów był udany, ryb sporo udało się schwytać, zarobili więc dużo pieniędzy. Sukces trzeba było, rzecz jasna oblać. Oblewali go do tego stopnia intensywnie, że świętowanie przeniosło się z lądu na kuter. W międzyczasie wyszli z portu. Bad luck bo gdzieś na północy Szkocji popsuł im się silnik.

„No i wyobraź sobie” mówi Bob „Poszli go naprawiać. Siedmiu chłopa. To znaczy wszyscy, którzy byli na jednostce. No bo każdy przecież wie lepiej. Zapomnieli o tym, że ktoś powinien kutrem sterować, bo nadal się przemieszczał, ze względu na silny prąd pływowy. Niestety uderzyli gdzieś o skały i zatonęli. Szczęśliwie uratowali się wszyscy, ale przemoczeni musieli iść dobre dziesięć kilometrów na piechotę do najbliższej miejscowości. Po okolicy rozniosło się, że przecież jak kuter poszedł na dno, to gdzieś we wraku muszą być pieniądze, które zarobili na sprzedaży ryb. Jeden z ludzi których znam, zrobił nawet ekspedycję nurkową, żeby te pieniądze znaleźć. Okazało się jednak, że prąd ciągał zatopioną jednostkę po skałach w jedną i drugą stronę i dosłownie rozsmarował ją na przestrzeni kilku mil i ze skarbu nici…”

Gdy płynąłem już do Polski i w okolicach Wyspy Skye usłyszałem na radio ostrzeżenie o silnym sztormie i musiałem podjąć decyzję o wejściu do portu schronienia. Szybko z mapy wyszło mi, że najsensowniejsze będzie Stornoway na Hebrydach, bo po pierwsze port, a nie kotwicowisko, a po drugie osłonięte od północnego zachodu. Po krótkich negocjacjach z Coast Guard i rozmowie przez telefon z Harbourmasterem Stornoway, dostałem pozwolenie na zawinięcie do portu.

Wszystkie te ustalenia, w normalnych warunkach zupełnie zbyteczne, w roku 2020, ze względu na pandemię – były wymagane, a lądowanie w portach na Hebrydach było zasadniczo zabronione. Oficjalne źródła informacji twierdziły, że wyspiarze obawiają się wybuchu pandemii, która zważywszy na ograniczoną ilość miejsc w szpitalach, mogłaby się skończyć tragicznie.

Gdy korzystając z zasięgu, zamieściłem na mediach społecznościowych informację o wybranym porcie schronienia, pierwszy, który skomentował był właśnie Bob. Przejął się chyba moją decyzją, która wymagała dwukrotnego przepłynięcia Little Minch czyli po naszemu Morza Hebrydzkiego. Sugerował mi od razu inny port schronienia. Ze względu na słaby zasięg odczytałem tą wiadomość dopiero w Stornoway. Summa summarum – morze było wtedy dla mnie łaskawe. Na Hebrydach, uprzejmie przyjęci przez bosmana malowniczego porciku, spędziliśmy raptem kilka godzin, bo sztorm tak szybko jak się pojawił – tak szybko zniknął z prognozy i Cape Wrath musiałem w sumie objeżdżać na silniku bo wiatru brakło.

O polityce

Kończąc opowieść o Bobie, pozwolę sobie jeszcze wspomnieć trochę o jego poglądach politycznych. Nie dlatego, że chciałbym je oceniać w jakikolwiek sposób, ale uważam, że są bardzo interesującym przykładem na to, jak głęboko podzielone jest społeczeństwo Wielkiej Brytanii. Za jakiś czas chciałbym bowiem napisać o innym moim szkockim przyjacielu, Charliem, który mimo, że w zbliżonym do Boba wieku, jest jego skrajnym przeciwieństwem jeśli chodzi o sprawy polityczno – społeczne.

Bob jest bowiem gorącym zwolennikiem szkockiej niepodległości oraz polityki obecnej premier Szkocji Nicoli Sturgeon. Ogromna ‘szkockość’ Boba zaskoczyła mnie tym bardziej, że spędził większość swojego życia w Anglii.

Bob głęboko wierzy w to, że Szkocja jeszcze za jego życia będzie niepodległym państwem. Przy którejś okazji, tłumaczy mi też różnice między dwoma szkockimi flagami z jakimi się spotkałem: jedna z nich to biały krzyż świętego Andrzeja na niebieskim tle, a druga to czerwony smok na złotym tle. Gdy pytam, którą z nich powinienem powiesić jako ‘courtesy flag’ czyli banderkę podsalingową, mówi mi, że koniecznie Saltyre, czyli właśnie biały krzyż świętego Andrzeja.

„Jakbyś był jednym z członków rodziny królewskiej, który niegrzecznie zabawia się z nieletnimi chłopcami i dziewczynkami na pokładzie swojego jachtu – to mógłbyś używać tej drugiej” Tłumaczy mi nawiązując do ujawnionego niedawno skandalu obyczajowego z udziałem księcia Andrzeja.

Bob twierdzi, że Szkocja jest się w stanie sama utrzymać. Mówi o kwocie trzydziestu miliardów funtów, które trafiają do kiesy Londynu każdego roku.

„Popatrz jak bogatym krajem możemy się stać: mamy ropę i gaz na Morzu Północnym, mamy piękne krajobrazy, niewiarygodny wręcz potencjał turystyczny, mamy destylarnie whisky, które eksportują na cały świat, bo wszyscy chcą pić szkocką.”

Brzmi to i wiarygodnie i przekonująco. Pytam go więc:

„No dobra, ale przecież Johnson powiedział, że nie wyrazi już zgody na kolejne referendum o niepodległość?”

„Tak, tylko zaraz po tym cholernym Brexicie, wszystko się zmieniło. Nikt nie mówił Szkotom, że opuścimy Unię Europejską, a tu zdecydowana większość głosowała remain . Warunki się zmieniły.”

„Zgoda, no ale nadal, jak Westminster nie wyrazi zgody na referendum, to jakie macie szanse na tą niepodległość?”

„Cóż” mówi „Zawsze można ją ogłosić jednostronnie.”

„Pewnie, że można” nie odpuszczam „Tyle, że wtedy będzie wariant kataloński, pozamykają Wasz rząd do więzienia i tyle”

„Wiesz, Unia na to nie pozwoli, to raz, a dwa weź pod uwagę, że większość dowódców brytyjskiej armii to Szkoci z pochodzenia, a żołnierze szkoccy byli zawsze tymi, którzy się najtwardziej bili…”

Wiele ciekawych rozmów przyszło nam jeszcze wspólnie przeprowadzić i ciekawych poglądów wymienić. Rozmawialiśmy chyba o wszystkim i aż sam byłem zaskoczony tym, jak bliską, moim przynajmniej zdaniem, udało mi się nawiązać więź z tym niesamowicie interesującym człowiekiem.

Ostatni raz spotkaliśmy się kilka godzin przed moim wyjściem z portu w powrotną podróż do Polski.

Bob, tym tekstem chciałem ci szczerze podziękować za wszystko co dla mnie zrobiłeś, za nasze fascynujące rozmowy, za gościnność, za to, że jesteś kapitalnym ambasadorem swojego kraju.

W odpowiedzi na “Dwa miesiące w boatyardzie część 4. Bob i ardrossańskie historie”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *