Dwa miesiące w boatyardzie part 3. Żywot człowieka pracowitego.

Jest zimno jak diabli i rześki deszczyk kropi sobie poziomo, gdy w ostatnich dniach marca, po pierwszym szoku związanym z lockdownem i coraz mniej różowo rysującą się dla żeglarstwa przyszłością zmartwychwstałem, za sprawą jakiegoś zielonego syropu i wrodzonej odporności na chróbska. Wywlekam się z łóżka po kilkudniowej chorobie.

Na jachcie niewiarygodny bajzel, a zimno jak w psiarni. W gorączce, kaszlący i zasmarkany niespecjalnie troszczyłem się o utrzymanie czystości. W workach na śmieci cywilizacja, która się tam zalęgła zaczyna właśnie wynajdywać garncarstwo, obróbkę metali i koło. Pierwszy dzień po zmartwychwstaniu w zasadzie tylko sprzątam. A potem… popadam w coś w rodzaju czterdziestośmiogodzinnej depresji. Przyczyny? Wszystkie kraje zamykają granice, w mediach społecznościowych temat jest jeden i tylko jeden. Jak tu rozwijać działalność żeglarską i to międzynarodową w takich warunkach?

Korona zbiera żniwo zarówno wśród ludzkich istnień jak i marzeń oraz biznesowych i czysto ludzkich planów. Pół roku wytężonej pracy po kilkanaście godzin na dobę, planowanie, negocjacje, załatwianie formalności, rozmowy z klientami, podróże, setki tysięcy pieniędzy i ustalanie planów – wszystko idzie się paść, ze względu na ogólnoświatową pandemię. Nic dziwnego chyba, że nastrój raczej minorowy. Nic dziwnego, że nie ma widoków na szybką poprawę sytuacji. Patrzę na to co dzieje się w Chinach, przewidując, że podobnie będą zachowywały się rządy europejskie. A tam dzieje się tak, że moja siostra, ucząca w Shenzen małych Chińczyków języka angielskiego nie jest w stanie wrócić z wakacji na które wyjechała w połowie stycznia. W chwili, gdy piszę te słowa, jest początek czerwca, a Marta nadal siedzi w Indonezji. Od pół roku nie jest w stanie wrócić do swojego chińskiego mieszkania.

Drugiego dnia po chorobie, który spędzam na bezmyślnym wpatrywaniu się w sufit i niewesołych rozmyślaniach, jakoś ma się na wieczór, gdy daję sobie solidny mentalny policzek. Nie pomaga, więc walę na odlew i poprawiam z bani. Stawiam się brutalnie do pionu. „Bartosz” – myślę sobie – „Korona się kiedyś skończy, a robota sama się nie zrobi, ciesz się z tego, że masz czym zająć ręce”. Opracowuję sobie listę zadań i zaczynam ją realizować. Jedna rzecz na raz, krok po kroku. Najważniejsze – zacząć cokolwiek robić, potem już idzie z górki.

Zaplanowane miałem inspekcje polskiego Urzędu Morskiego i brytyjskiego Certifying Authority, a także przegląd gaśnic oraz instalacji gazowej na jachcie. Dwie ostatnie się nie odbywają i to bez żadnej informacji ze strony umówionych podwykonawców. Po prostu, ze względu na lockdown nie przychodzą w umówionym terminie. Nie nalegam zresztą. Sytuacja zdaje się być zrozumiała sama przez się. Inspekcja brytyjska odwołuje się gdzieś czwartego kwietnia.

Zdecydownie nieprzyjemna robota. Brak uśmiechu dziwić nie powienienm 🙂

Realnie oceniając: prawdopodobieństwo odbycia się polskiej inspekcji w połowie kwietnia jest zbliżone do tego, że zostanę któregoś dnia milionerem. Ale ustalona data to jednak jakiś cel, zadanie do wykonania i coś co mobilizuje do ruszenia się z miejsca. Plan prac ustalam sobie tak, jakby Inspektor Urzędu Morskiego miał po prostu się u mnie pojawić i wszystko co do inspekcji konieczne ma być po prostu przygotowane przed deadlinem.

Ponadto pracuję zdalnie. Zakopany pod dwoma kołdrami w rufowej kabince, w tle słysząc szumiący termowentylator, biorę udział w telekonferencjach, produkuję prezentacje, tłumaczę coś developerom zaangażowanym w projekt, w którym biorę udział. Popołudnia i wieczory spędzam na dłubaniu przy jachcie.

Na pierwszy ogień idzie doszczelnienie pokładu. Trochę wymuszone okolicznościami, bo rozeschły silikon, czy sikaflex przy śrubach przechodzących przez pokład, puszcza wodę i kapie mi z sufitu w mesie za każdym razem gdy pada deszcz. Robota tyle prosta co nudna. Odkręcić 12 śrubek mocujących panel sufitowy, znaleźć lejącą śrubę, odkręcić, powycierać, usunąć stare uszczelnienie, nałożyć nowe, założyć podkładkę, dokręcić. Potem nie bawię się już w szukanie cieknących śrub, tylko odkręcam i uszczelniam wszystkie jak leci. I tak jakieś osiemdziesiąt kilka razy.

Kolejna robota to naprawa windy kotwicznej. Dwa dni szukania przyczyny usterki, kilka telefonów do przyjaciela. Stan przedzawałowy, gdy uznaję, że zepsuł się solenoid i ogromna ulga, gdy dochodzenie wykazuje, że jednak nie. Trzy dni oczekiwania na brakujący kabel i ogromne poczucie sukcesu, gdy po jego wymianie, okazuje się, że winda kotwicy działa.

Praca, której się najbardziej obawiałem, czyli instalacja elektroniki jachtowej w postaci AIS, nowego radio i navtexu idzie zadziwiająco gładko. W pierwszej chwili, aż zapiera mi dech w piersiach, gdy widzę ilość kabli, bezpieczników, złączek i przekaźników ukrytych za rozdzielką nad stolikiem nawigacyjnym. Potem orientuje się, że w tym szaleństwie jest metoda, bo ktoś pomyślał o tym, żeby na kablach nadrukować numerki obwodów. Ponadto na łódce odkrywam zapleśniały, zawilgocony i wygnieciony, ale za to oryginalny i czytelny „User’s Manual”, gdzie rozrysowane są wszystkie jachtowe instalacje. Reszta idzie już gładko i ku własnemu ogromnemu zdumieniu całą instalacyjną robotę łącznie z konfiguracją AIS zamykam w jeden wieczór.

Zestaw małego armatora

W listopadzie, gdy kupowałem jacht, zwróciłem uwagę na kiepski stan podstawek słupków relingów. To ta część na której przeciętny żeglarz skupi uwagę na dłużej niż pół sekundy wyłącznie wówczas gdy przypadkowo kopnie w nią nieobutą stopą. Są jednak dość ważne, bo trzymają relingi, które niejednego żeglarza uratowały przed nieplanowaną kąpielą w morzu. Moja rozmowa z brokerem brzmiała wówczas mniej więcej tak: „Słuchaj, te podstawki są w bardzo kiepskim stanie, popękane, wymagają wymiany…”. Chris odparł wtedy: „Well, no najlepsze nie są. Ale to easy job Bartosz”. Łyknąłem jak pelikan.

Gdybym wtedy wiedział co mnie czeka, to pewnie walczyłbym o jeszcze pięć procent upustu od ceny wywoławczej. Po pierwsze, w całej Europie nikt nie widział wcześniej takich podstawek. Pytam na facebookowych grupach polskich, angielskich, francuskich, kartkuję dwa razy internet w tę i z powrotem i nic. Nikt się nie chciał przyznać do popełnienia takowych, zupełnie jakby stocznia jakiegoś czarodzieja zatrudniła jednorazowo do tej roboty. Wyczarował je i zniknął w innym wymiarze ratować księżniczki. Po drugie, montaż tych gadów przebrzydłych zajął mi jakieś dwa tygodnie.

Temat podstawek pomógł mi ogarnąć znajomy żeglarz – Jacek. Jacek w cywilu jest właścicielem radomskiej firmy z branży metalowej. Pochylił się nad moim problemem i obiecał podstawki gdzieś po znajomych wykonać. Trzeba je było jednak dokładnie pomierzyć. No to mierzyłem pod Jackowe dyktando. What’s App, suwmiarka, dziesiątki fotek i rysunków. Ktoś w Radomiu podstawki wyfrezował przepięknie z kwasowej stali nierdzewnej. Jacek, zapakował w paczkę i wysłał do Szkocji. Dotarły opatrzone plombą nałożoną przez Her Majesty Home Office, na której było napisane: „Security Checked”. W sumie nic dziwnego, bo na prześwietlarce mogły do złudzenia przypominać granaty przeciwpancerne.

Efekt dwóch tygodni ciężkiej roboty, którego nikt, nigdy nie zauważy.

Jakim cudem udało mi się zdjąć wszystkie wymiary poprawnie przy użyciu plastikowej suwmiarki, nie wiem. To, że Jackowi udało się wykonać na tej podstawie rysunek, który mógł przekazać do produkcji to już w ogóle cud do kwadratu. Gdy przymierzyłem podstawki wszystkie wymiary pasowały idealnie. No, prawie wszystkie. Pomyliłem się oczywiście przy tych, które były najprostsze do pomierzenia – otworach na śruby. No problem, pomyślałem sobie, wiertarkę mam, rozwiercę. I wierciłem. Trzy dni, cztery wiertła i jedną bliznę na palcu od złamanego wiertła później nadawały się już do montażu.

Słupki monotowane są tak, że przez pokład wywiercona jest na wylot dziura, w którą wkłada się śrubę, a od spodu podkładki i nakrętkę, którą trzeba dociągnąć. We dwie osoby byłoby to pewnie względnie łatwe. W pojedynkę… Czasem się po prostu udaje i śruba sama się gdzieś blokuje po drodze i łatwo ją dociągnąć, częściej obraca się beztrosko w otworze nieczuła na prośby i groźby. Na te bardziej oporne biorę się na sposób: wklejam je w pokład masą epoksydową, a później łapię nakrętkami. Dokręcanie śrub od spodu wymaga użycia chyba wszystkich narzędzi jakie mam do dyspozycji. Mała grzechotka z przedłużką, duża z przedłużką, żabka, śrubokręty, kleszcze, klucze imbusowe. Wszystko przy świetle latarki czołowej, czasem wspomagając się kamerą boroskopową, a najczęściej po omacku. Wyginam się przy tym we wszelkie możliwe sposoby, dowiadując się sporo o samym sobie przy okazji. Na przykład tego, że nadal potrafię zrobić mostek, a także że w barach jestem jednak szerszy niż mi się do tej pory wydawało. Zadziwiam sam siebie również zdolnościami lingwistycznymi. Szczególnie w zakresie budowania zdań wielokrotnie złożonych z samych przekleństw, gdy na przykład jakaś nakrętka wypada mi z dłoni.

Czasem, żeby się do śrub dostać, trzeba było destrukcyjnie – kreatywnie.

Każda podstawka to osobny projekt i osobna kombinacja jak się do niej dostać z wnętrza jachtu. Pozycja na wznak na lodówce z głową wsadzoną do szafki, płaskim śrubokrętem nasadzając podkładkę, a potem po omacku przez pół godziny nakręcając  nakrętkę na wystający akurat obok wkręt, a nie na śrubę to jedna z tych bardziej ergonomicznych. Ktoś, kto projektował tą łódkę, wprawdzie pomyślał o otworach rewizyjnych, ale wnosząc z ich rozmiaru projektantem był albo siedmiolatek, albo drobna kobietka. Dłoń dorosłego mężczyzny nie ma prawa się tam zmieścić.

Obwód moich ramion doprowadza mnie, któregoś dnia na skraj paniki. Żeby dostać się do którejś z podstawek muszę wywlec ze ściany w łazience zbiornik czarnej wody, czyli jachtowe szambo. Podczas ponownego jego montażu, żeby poskręcać przewody elastyczne, wciskam się całą obręczą barkową do szafeczki pod umywalką. Pozycja szalenie niewygodna: w plecy wrzyna mi się próg szafeczki, w tyłek próg drzwi łazienki, w żebra boki szafki, potylicę ugniata jakiś zawór. Tak szybko jak tylko mogę skręcam opaskę na wężu, chcę wyjść i… utykam w miejscu. Sytuacja co najmniej idiotyczna: nie mam jak zaprzeć się dłońmi, połowa ciała zakleszczona w otworze, druga dość bezużytecznie sobie leży na zewnątrz. I co tu dalej robić? Jestem sam, na środku bezludnego boatyardu, nijak zawołać o pomoc. Telefon niby mam w kieszeni spodni, ale sięgnąć do niego nie ma jak. Zaczynam się szarpać w otworze we wszystkie możliwe strony i jakoś w chwili gdy czuję, że zacznę się zaraz hiperwentylować – uwalniam się. Kosztem potarganej lekko koszulki i kilku zadrapań.

Dni upływają, robi się coraz cieplej, przestaje padać deszcz i przez kilka tygodni bez przerwy świeci słońce. Słońce z pazurkami, więc jest chłodno, ale samo światło powoduje, że jest pozytywnie i przyjemnie. Jakoś przyzwyczajam się do samotności. Nie jest zresztą, aż tak dotkliwa. Większość znajomych z którymi utrzymuję kontakty, albo siedzi bezczynnie w domu, albo z domu pracuje. Łącza What’s Appa i Messengera rozgrzewają się do czerwoności. Dyskutujemy głównie rzecz jasna „Sytuację”. Spieramy się też trochę w jej ocenie. Czasami, ze względu na towarzysko – konwersacyjne zobowiązania nie mam czasu na zaplanowane prace. Pierwszy raz w życiu uczestniczę w popijawie online, która kończy się o tyle dobrze, że do łóżka mam blisko.

Lista wykonanych prac rośnie: skrobię spód jachtu i nakładam farbę przeciwporostową, wymieniam anodę na śrubie, oklejam nową nazwą kadłub, serwisuję silnik, naprawiam organizator lin na pokładzie, przenoszę puszkę zasilania autopilota, maluję wnętrza kabin, poprawiam mocowanie ssaka pompy zęzowej, wymieniam kilka lampek, fał genuy, obciągacz bomu, szkentlę, maluję stolik w kokpicie, poprawiam mocowania koi we wszystkich kabinkach, poprawiam przewody rozprowadzające ciepłe powietrze z webasto, naprawiam kosz dziobowy, linki podsalingowe, łatam ubytki żelkotu, wymieniam gniazdka instalacji 12V w kokpicie i przy stoliku nawigacyjnym, piorę wszystkie pokrowce materacy, robię wodo i wstrząsoodporny chartplotter składając do kupy tablet Huawei, obudowę niespecjalnie do niego pasującą i sporą ilość silikonu, kładę nowy silikon na blatach w kuchni, wymieniam kilka bloczków na pokładzie, montuję tratwę i zwalniak hydrostatyczny, wymieniam przewód gazu, szlifuję i konserwuję teak na pokładzie, instaluję bimini i wykonuję parędziesiąt innych drobniejszych robót.

Z serii: jak w pojedynkę zainsalować bimini na pokładzie jachtu, trzy metry nad ziemią.

Mój dobry kolega i jeden z moich żeglarskich mentorów, Piotr ‘Szadzio’ Sładek powiedział mi kiedyś: „na jachcie żadna robota nie jest prosta”. Wyjątkowo trafne spostrzeżenie, które w trakcie prac uzupełniam o: „jeśli coś nie jest ewidentnie sp…lone, to lepiej tego w ogóle nie ruszać”. Za każdym razem, gdy biorę się za cokolwiek co mi się po prostu nie podoba, psuję coś innego przy okazji. Najbardziej spektakularnym przykładem mojej debiliady jest użycie stalowej wełny do wypolerowania kilku elementów z nierdzewki na pokładzie. Nie wpadam na to, że cholerna wełna się kruszy, opiłki lecą na pokład i po pierwszym deszczu rdzewieją. Wybłyszczone gniazda want kosztują mnie dwa dni bezskutecznego szorowania pokładu. Plamy od rdzy schodzą dopiero, gdy dowiaduję się o istnieniu roztworu kwasu szczawiowego, który w moment je usuwa.

Polska inspekcja zostaje rzecz jasna odwołana na kilka dni przed jej planowanym terminem. Pan z Urzędu Morskiego nie ma jak przylecieć. Próbuję go jeszcze przekonać, że może by mi ją zrobił online. Obiecuje spytać szefa i odezwać się po świątecznym weekendzie. Żeby wszystko było na tip – top jadę taksówką do odległego o 50 kilometrów Greenock odebrać tratwę ratunkową z przeglądu. Firma atestująca tratwę i trzymająca ją od połowy lutego, odmawia przywiezienia sprzętu „bo lockdown”. Kurierem nie można wysłać rac i innej pirotechniki. Wiezie mnie Rudy, który ma koło siedemdziesiątki, przepracował większość życia wiercąc ropę i gaz na Morzu Północnym, o koronawirusie mówi, że to bullshit. Paląc szlugi w trakcie jazdy, Rudy jest niespecjalnie przejęty faktem, że z Greenock wieziemy sporą ilość materiałów pirotechnicznych. Płacę za tą wycieczkę 75 funtów i dostaję od mojego kierowcy wizytówkę wraz z informacją, że gdybym potrzebował gorzałki albo panienek, to będę miał z dowozem na jacht. Jako, że wódy jeszcze z ASDY nie wymiotło, a na bzykanie niespecjalnie mam ochotę zważywszy na okoliczności, to propozycję kwituję tylko grzecznym OK. Jest Wielki Piątek. Rudy to pierwsza osoba poza kasjerkami w ASDA z którą rozmawiam twarzą w twarz od trzech tygodni.

Całą Wielkanoc ślęczę nad „Rozporządzeniem o bezpiecznej żegludze jachtów” i szykuję prezentację dla Urzędu Morskiego. Spisuję daty ważności gaśnic, fotografuję sprzęt, numery seryjne rac, pław dymnych, kamizelek i dokumentów. Niestety, zaraz po Świętach Urząd informuje mnie, że inspekcji zdalnie przeprowadzić nie można, ze względów proceduralno – formalnych. Równocześnie pan Inspektor stwierdza, że na podstawie tego co mu podesłałem – jacht jak najbardziej spełnia wymogi stawiane rejonowi żeglugi, o który się ubiegam, ale „ustawa nie przewiduje takiego trybu”.

Wielkanoc 2020. Przez pierwsze dwa miesiące nie korzystałem z gazu bo w miasteczku nie było gdzie kupić. Sprawiłem więc sobie slow cooker. Fajna rzecz tylko przy śniadaniu trzeba pamiętać, żeby nastawić obiad.

W Wielką Niedzielę odzywa się do mnie Bob z pobliskiego Saltcoats, który wyszpiegował mnie na Marine Traffic, gdy któregoś wieczoru włączam AIS. Jego krótka wiadomość nie tyle początkuje, co odświeża moją znajomość z najbardziej mi chyba życzliwym człowiekiem jakiego do tej pory spotkałem na terenie Wielkiej Brytanii. O tym następnym razem.

14 odpowiedzi na “Dwa miesiące w boatyardzie part 3. Żywot człowieka pracowitego.”

Jeszcze nigdy z taką przyjemnością nie czytałam o wkręcaniu śrubek itp. Masz lekkie pióro, poczucie humoru,dystans do siebie. I chyba sporo pokory. Czekam na więcej. Chociaż życzę żebyś mógł już wypłynąć a wtedy bedzie mniej czasu na pisanie. Pozdrawiam.

Dzięki wielkie 🙂 Miło mi to czytać i motywuje do dalszego wysiłku. Jak Ci się podoba – udostępnij. Pomoże mi to bardzo 🙂

Dobry, szczegółowy artykuł, w żartobliwym tonie, ale pewnie po tym: 'wykonuję parędziesiąt innych drobniejszych robót', okazało się, że przed Tobą, kolejna porcja następnych robót?
Trzymam kciuki za wytrwałość?
pozdrock

Trochę jest tak jak piszesz – nigdy nie widać dna. Wymienisz jedną lampkę, to za chwilę 12 pozostałych zaczyna Ci przeszkadzać. Dziękuję za komentarz 🙂

O lekkości Twojego pióra pisać nie będę. Twój tekst mnie przeraził, bo uwidocznił mi ogrom problemów związanych z posiadaniem własnego jachtu. Na szczęście wiem, że czas pandemii nie został przez Ciebie zmarnowany a znając Ciebie wiem, że masz dobre serce i kiedyś jak byśmy się spotkali będę mógł liczyć na Twoją pomoc. Wiem że jak bym miał jacht na którym coś by się zepsuło Ty mając tak bogatą wiedzę i doświadczenie praktyczne, pokazał byś mi krok po kroku jak coś zrobić, a ja obserwując Ciebie przy pracy obiecuję, że słów uznania nie będę szczędził. :):):):):) OK żartuję nie obraź się. A jeszcze jedno, mam nadzieję, że ta fryzura na jajo była poczyniona przez Ciebie w kulminacji dni depresyjnych, bo moim zdaniem nawet w najmniejszym stopniu nie pasuje do szlachetnych rysów Twojej twarzy ( to tak najdelikatniej jak potrafię).

Weź pod uwagę, że ja tak naprawdę żadnej bardzo grubej roboty nie robiłem. Ale te wszystkie drobiazgi i drobiażdżki zajmują sporo czasu. Co do pomocy – na ile mogę to pomogę jasna sprawa. Będzie Pan zadowolony 😀 😛 Fryzura… cóż, na szczęście nie jesteś moim targetem randkowym żebym się tym musiał jakoś bardzo przejmować. Fryzjerzy od trzech miesięcy zamknięci, trzeba sobie radzić 🙂

Przeczytałam z wielką przyjemnością. Już myślałam, że z nami coś nie tak, że się zawsze urobimy z każdą pierdołą. Nic nie idzie lekko, nic nie pasuje, nie ma zamienników. Wiecznie słyszymy, że tego się już nie da naprawić, trzeba nowe kupić. Tylko, że nowe też nie pasuje.. Trzymaj się ciepło

Cześć, ano najwyraźniej tak to z łódkami już bywa 🙂 Cieszę się, że mogłem sprawić przyjemność. Inna sprawa, że jak się już porobi te wszystkie duperele to satysfakcja jest przeogromna, chociaż końca nie widać nigdy, bo jak się już naprawiło, to jeszcze by się chciało usprawnić, ulepszyć, doposażyć. Pozdrawiam serdecznie również!

Nie rozumiem do czego potrzebne sa te inspekcje Angielska i Polska. Czy jest to po to aby zarejestrowac jacht?

Komercyjnie operujące jednostki na wodach UK podlegają pod MGN 280 i SCV code- tym samym niezależnie od przynależności państwowej wymagają lokalnej inspekcji. Tak w skrócie. Bandera PL wymaga inspekcji pod Kartę Bezpieczeństwa jeśli jednostka jest używana komercyjnie.

Dziękuję za komentarz i bardzo się cieszę, że się podobało. Czasu na pisanie brak ostatnio, nie dość, że intensywnie żegluję to jeszcze pracuję zdalnie na pełny etat i doba za krótka się robi…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *